Wtorek, 07 Wrzesień 2010r. Imieniny obchodzą: Regina, Marek, Ryszard
Wybory tuż

Zbliżają się kolejne wybory. Wreszcie zweryfikujemy sondaże poparcia dla partii. Ale jakie wybory? Otóż, proszę Państwa, wybory do Parlamentu Europejskiego.

Sąd wprowadza cenzurę?

Sąd warszawski, korzystając z chwilowego zamieszania, przejął w Polsce władzę i wprowadził cenzurę. Zabroniona jest wszelka krytyka rządu oraz rządzącej w kraju Platformy Obywatelskiej.

Wywiad Tygodnia

Marek Śpiewankiewicz

 

Rozmowa z prezesem Stowarzyszenia na Rzecz Osób Niepełnosprawnych "Partnerstwo"

Nigdy się nie poddaję

Na świat przyszedł 12 października 1981 roku w Oławie. Mieszkał w miejscowości Wierzbno niedaleko Wrocławia. Swój pierwszy medal zdobył mając 12 lat podczas zawodów w Nowym Dworze Gdańskim. Potem seryjnie zdobywał medale mistrzostw świata i Europy. Do tej pory w swoim dorobku ma cztery medale z MŚ i sześć (w tym pięć złotych) z mistrzostw Starego Kontynentu.
Pod koniec kwietnia 2000 roku w Sofii podczas MŚ wynikiem 232,5 kg ustanowił rekord świata w podrzucie. Po tym wyczynie wszyscy wierzyli, że sięgnie po złoto w czasie igrzysk olimpijskich w Sydney. Tak się nie stało, gdyż na drodze do olimpijskiego złota nie stanęli przeciwnicy, a kontuzja. Stąd srebro z Sydney do tej pory go nie cieszy. Potem jego karierę przerwała poważna kontuzja kręgosłupa. Wielu wątpiło, czy wróci jeszcze do czynnego uprawiania sportu - tym bardziej, że zarzucono mu również stosowanie dopingu. On jednak pod koniec 2005 roku powrócił, by w następnym roku znów znaleźć się na szczycie. W 2006 roku zdobył mistrzostwo Europy oraz wicemistrzostwo świata, co w środowisku sportowców uznano za wielki come back.
W ubiegłym roku po raz kolejny zdobył tytuł mistrza Starego Kontynentu, a podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie ponownie sięgnął po srebrny medal. Jednak ten medal ma dla niego zupełnie inny wymiar niż ten z Sydney. Jak mówi, w Sydney przegrał złoto, a w Pekinie wygrał srebro.
10 listopada 2008 roku okazał się najlepszy w zorganizowanym przez Telewizję Polską „Wielkim Teście Historii” z okazji 90. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W pokonanym polu pozostawił kilku polityków, artystów, sportowców i dziennikarzy.
Mierzy 185 cm, waży 94 kg. O kim mowa? Oczywiście o naszym najlepszym sztangiście ostatnich lat - Szymonie Kołeckim, który środę w 21 stycznia gościł w Dobryszycach na uroczystościach z okazji otwarcia hali sportowej miejscowego gimnazjum. To właśnie tam udało się nam porozmawiać z dwukrotnym srebrnym medalistą olimpijskim w podnoszeniu ciężarów.

W wielu dyscyplinach sportu jest tak, że zainteresowanie nią przechodzi z pokolenia na pokolenie. Jak to było w Pana przypadku?
- Można powiedzieć, że coś w tym stwierdzeniu jest, gdyż w moim przypadku było tak samo. Mój tata dźwigał ciężary, potem został trenerem. Już jako dziecko chodziłem z nim na salę. Kiedy on trenował, ja się bawiłem. Po jakimś czasie zacząłem ćwiczyć, a w końcu - dźwigać ciężary. Takie były moje początki.
Nie ciągnęło Pana do piłki nożnej?
- Może i trochę ciągnęło, ale w miejscowości, z której pochodzę, ta dyscyplina sportu stała na bardzo słabym poziomie, więc trudno było myśleć o poważnym graniu w piłkę. Poza tym - odkąd pamiętam - dźwigałem ciężary. Jeśli pojawiały się myśli, aby zacząć grać w piłkę, to były to krótkotrwałe chwile.
Pamięta Pan swój pierwszy start, z którego przywiózł Pan medal?
- Pierwszy medal - pamiętam. To było w 1993 roku. Wystartowałem w mistrzostwach Polski juniorów do lat 16, które odbywały się wtedy w Nowym Dworze Gdańskim. Zdobyłem brązowy medal w podrzucie. Miałem wtedy 12 lat.
Wszyscy sportowcy cieszą się ze zdobytego medalu olimpijskiego. Pan jednak w Sydney nie cieszył ze srebra. Dlaczego?
- Być może nie jestem taki, jak inni. Nie było powodów, aby cieszyć się z tego medalu. Dla mnie to są nieprzyjemne wspomnienia, gdyż podczas tego startu odniosłem kontuzję i nie mogłem ukończyć rywalizacji. Dlatego nie lubię o tym rozmawiać.
Po Sydney była kontuzja, afera dopingowa. Czy miał Pan chwile zwątpienia, czy zawsze wierzył w to, że uda mu się wrócić na pomost?
- Oczywiście, słabsze dni się trafiały, ale nie było to nic poważnego, co mogłoby przeszkodzić moim dalszym treningom. Zawsze wierzyłem, że uda mi się powrócić na pomost i tak się stało.
Srebrny medal w Pekinie przyjął Pan zupełnie inaczej niż ten z Sydney. Powiedział Pan, że w Sydney przegrał złoto, a w Pekinie wygrał srebro…
- Zawody w Pekinie zostały dokończone. Dostałem takie same szanse, jak przeciwnicy, i mogłem je wykorzystać, co w dużej części mi się udało. Przeciwnicy byli bardzo mocni - odwrotnie niż to było w Sydney. Jeden z rywali okazał się lepszy, a ja zdobyłem srebrny medal. Jak mówiłem wcześniej, w Sydney nie mogłem dokończyć rywalizacji i stąd srebro z Pekinu ma dla mnie o wiele większą wartość niż to pierwsze.
Czy w 2012 roku w Londynie podejmie Pan trzecią próbę walki o olimpijskie złoto?
- Takie mam marzenie i bardzo bym tego chciał. O ile zdrowie pozwoli i pojadę do Londynu, na pewno podejmę walkę.
Liczył Pan kiedyś wszystkie medale, jakie przywiózł Pan do tej pory z różnych imprez?
- Nie. Nigdy nie liczyłem medali. Natomiast czasami zastanawiam się nad medalami z imprez międzynarodowych: mistrzostw Europy, mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich. W tej chwili nie potrafię sobie przypomnieć, czy mam ich 18, czy 19…
A czy na ciężarach można zarobić?
- Wszystko zależy od tego, jaką sumę pieniędzy dany człowiek uważa za zarobek. Ja nie narzekam.
Z pewnością śledzi Pan poczynania młodych sztangistów. Czy wśród nich widzi Pan swoich następców?
- Moi następcy - to trochę wyniośle brzmi. Jest paru chłopaków wśród juniorów do lat 17 i do 20, którzy w niedalekiej przyszłości mogą być świetnymi zawodnikami i osiągać sukcesy większe od moich. Jednak na to musi się złożyć bardzo wiele czynników, gdyż sukces nie zależy tylko od tego, że ktoś ma talent do tej dyscypliny sportu i że dobrze mu idzie.
Jakie rady ma Pan dla młodych ciężarowców?
- Najważniejsza - to aby się nie poddawali. Sport jest taką dziedziną, w której pojawia się mnóstwo problemów zdrowotnych i organizacyjnych. Chcę powiedzieć, aby się nie zniechęcali. Kiedy miałem 9 lat, w moim klubie zamknięto sekcję podnoszenia ciężarów, dopiero po dwóch latach ją reaktywowano. Takich burzliwych momentów nie brakowało, ale nigdy się nie poddawałem i zawsze wierzyłem, że dalej będę mógł trenować.
O ciężarach w zasadzie słyszy się tylko podczas igrzysk olimpijskich. Co - według Pana - powinien zrobić Polski Związek Podnoszenia Ciężarów, aby ta dyscyplina sportu częściej gościła w mediach?
- Ten, który jest obecnie, powinien podać się do dymisji (rozmowa przeprowadzona 21 stycznia - przyp. red.). Natomiast ten, który - mam nadzieję - zostanie wybrany, powinien stworzyć przede wszystkim nowe zawody, oczywiście według zasad podnoszenia ciężarów. Można byłoby stworzyć klubową Ligę Mistrzów, indywidualny Puchar Europy. Od tego należałoby zacząć.
Nawiązując jeszcze do sobotniego zjazdu PZPC. Czego się Pan po nim spodziewa?
- Przede wszystkim liczę bardzo na to i walczę, aby z dzisiejszego prezydium Zarządu Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów prawie nikt nie został. Ludzie, którzy są dziś we władzach PZPC, nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań, nie rozwijają tej dyscypliny i nie robią żadnych nawet najmniejszych nadziei na jakąkolwiek poprawę. Dzieje się tak dlatego, że ci sami ludzie są we władzach od lat sześćdziesiątych…
Ma Pan już pomysł na to, co będzie robił po zakończeniu sportowej kariery?
- To nie jest jeszcze do końca sprecyzowane. W tej chwili mam jeden sklep jubilerski i dałem sobie rok na obserwację. Jeśli ta branża mi się spodoba, to chciałbym stworzyć sieć takich sklepów. Mam również siłownię, którą niedługo będę powiększał i przenosił w inne miejsce. Po zakończeniu kariery chciałbym zostać przy sporcie i działać w nim społecznie.
Co lubi Pan robić w wolnym czasie?
- Strasznie lubię spać i leżeć, gdyż cały czas brakuje mi czasu na wypoczynek. Czasem jak budzę się o 10.00 rano, to jeszcze nie jestem wyspany, gdyż zaległości są bardzo duże. Odkąd wróciłem z igrzysk, cały czas jestem w podróży albo w pracy. Ogólnie brakuje mi wypoczynku. Natomiast kiedy już jestem zregenerowany, trochę czytam, lubię grać w piłkę, uwielbiam wędkować.
Lubi Pan historię? Jak to się stało, że okazał się Pan najlepszy w konkursie historycznym, zorganizowanym przez Telewizję Polską z okazji 90. rocznicy odzyskania przez nasz kraj niepodległości. W tyle pozostawił Pan m.in. kilku znanych polityków…
- Być może ci, którzy brali udział w tym konkursie, są specjalistami z innych okresów historii Polski. Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że byliśmy podzieleni na stoliki. Ja siedziałem z bardzo mądrymi ludźmi, bardzo dobrze znającymi historię, jak np. pan Antoni Macierewicz. Oni również pomogli mi przy odpowiedziach na niektóre pytania.
Czy po wygraniu tego konkursu zagłębiał się Pan w tematykę odzyskania przez Polskę niepodległości? Może przeczytał Pan biografię Marszałka Józefa Piłsudskiego?
- Chyba od ponad dwóch lat jeździ ze mną na zgrupowania biografia Marszałka Józefa Piłsudskiego i - wstyd się przyznać - jeszcze jej nie przeczytałem. Natomiast dopóki nie wyjadę na zgrupowanie, nie mam czasu na czytanie książek. Brakuje mi tego, bo nie tylko o Marszałku Piłsudskim, ale również o kilku innych postaciach chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć.
Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów na ciężarowych pomostach…
 

Autor:Przemysław Jafra

Komentarze

aegon

2009-01-29 17:13

Interesujący wywiad.
Być może następnym razem mistrz pochwali się wiedzą z innych dziedzin.
Ania Malinowska

2009-01-29 09:18

Bardzo podoba mi się ten wywiad. Solidnie przygotowane pytania i NORMALNE odpowiedzi człowieka, któremu nie uderzyło do głowy "bycie sławnym".

Przemku oby tak dalej. gratuluje świetnego wywiadu i tekstu. Pozdrawiam.
Boks na skróty
 
Czy na "grzybku" powinien zostać wybudowany nadajnik telefonii komórkowej?
TAK
NIE
NIE MAM ZDANIA